Potęga modlitwy
18-03-2008 | Autor: Admin | Odsłon 450
ŻYCIE
Mam na imię Bożena i mam 38 lat. Świadectwo jakie chcę złożyć miało miejsce 13 marca 2004 roku, w dniu moich imienin.
Jestem matką czwórki wspaniałych dzieci (dwie córki 16 i 10 lat i dwóch synków – 5 lat i 1,5 roku) oraz żoną wspaniałego i kochanego męża Leszka.
28 stycznia 2004 roku urodziliśmy naszego najmłodszego synka Emila. Pięknego, zdrowego, różowego grubaska. Cała moja rodzina była już zmęczona moją czwartą ciążą. Chociaż ogólnie czułam się dobrze, to miałam ogromne problemy z donoszeniem tej ciąży, a pod koniec nękały mnie ogromne bóle – po prostu wszystko, co mogło boleć – bolało. Ale oto nadszedł upragniony moment i cała rodzina odetchnęła z ulgą.
Wydawać by się mogło, że wszystko zacznie powracać do normy, czyli –mama do zdrowia i siły, a pozostali członkowie rodziny do swoich zajęć – i życie zacznie się toczyć swoim biegiem. Rozpoczęły się wizyty przyjaciół i znajomych, szczególną troską objęła nas nasza komórka małżeńska – za co jesteśmy wszystkim niezmiernie wdzięczni. Z racji tego, że znajdowaliśmy się w bardzo trudnej, wręcz tragicznej sytuacji materialnej wspomagali nas w każdy możliwy sposób. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołamy się wszystkim odwdzięczyć. Wiem tylko jedno: bez tych ludzi, ich pomocy i modlitwy z pewnością nie przetrwalibyśmy tych trudnych chwil. I wiem również, że powiedzenie „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” jest jak najbardziej prawdziwe. Ja i moja rodzina doświadczyliśmy tego na własnej skórze, a tak naprawdę, to o wielkiej potędze przyjaźni mieliśmy się przekonać dopiero za kilka tygodni.
CHOROBA
Mijał czas, dzień za dniem...Mój maleńki synek jadł i spał. Był spokojnym, grzecznym, wręcz idealnym maluszkiem. Słowem – tak jakby przeczuwał nadchodzące wydarzenia. Ja natomiast, zamiast powracać do sił po połogu słabłam z każdym dniem. Ową słabość przypisywałam naszej trudnej sytuacji i nerwom. Dziecko było spokojne, więc i ja wbrew pozorom powinnam taka być. A mnie tymczasem ogarniała coraz większa niemoc, siła opuszczała moje ciało, pojawiły się też bezsenne noce.
Pani doktor, do której udałam się po poradę stwierdziła, że z racji przebytej ciąży i mojego wieku po prostu trudniej jest mi odzyskać formę. Poleciła przyjmować witaminy i odpoczywać, do czego się zastosowałam. Niestety, nie przyniosło to rezultatu. Sytuację pogorszyła jeszcze grypa. Oczywiście dostałam nowe leki, po kilku dniach wydawało się, że grypę pożegnaliśmy, nikt z domowników się nie zaraził i wszystko zmierza ku lepszemu. Ja jednak dalej źle się czułam, nastąpiły komplikacje po grypie – bóle stawów. Najpierw był to niewielki ból w stawach rąk, lecz kiedy ból pojawił się w nogach i moje poruszanie zaczynało stawać się problemem, po raz kolejny udałam się do lekarza. Pani doktor stwierdziła, że takie objawy mogą wystąpić u kobiet po porodzie i nie są niepokojące, ale zleciła dodatkowe badania i wizytę u specjalisty reumatologa. Wyniki okazały się „w normie” i leczenie reumatologiczne nie było konieczne.
Niestety od tego momentu wypadki potoczyły się bardzo szybko. Przez noc cierpiałam i osłabłam na tyle, że wizyta w przychodni była niemożliwa – toteż z wizytą przyjechała lekko zniecierpliwiona pani doktor. Dziś wiem, że nie potrafiła zdiagnozować mojej choroby.
Stwierdzenie, że „jestem rozhisteryzowaną mamą” mówi samo za siebie. Dostałam kroplówkę i mocne leki przeciwbólowe, które tego samego wieczora podała mi moja koleżanka.
Noc, która nastała wydawała się najdłuższą nocą w moim życiu. Ból, który mnie przeszywał i męczył był nie do zniesienia i nie do opisania – minął ponad rok od tych wydarzeń, a ja do dziś nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie jak wytrzymałam do rana bez krzyków i wycia... O godzinie 6.00 poprosiłam męża, żeby pojechał po moją koleżankę, aby wreszcie dostać kolejną kroplówkę. Przywiózł ją bardzo szybko, a ja nie byłam już w stanie się ruszać. Mówienie stwarzało mi duży problem. Moja koleżanka (pielęgniarka) stwierdziła, że moje tętno jest za słabe i nie poda mi kroplówki. Pojechaliśmy do szpitala.
SZPITAL
W szpitalu - choć wszystkich szczegółów nie pamiętam – istny cyrk...Kilku lekarzy specjalistów (każdy z innej dziedziny) pyta, rozważa, dyskutuje. Nie mogą podjąć decyzji w mojej sprawie. Jak się później okazało prowadzili spór na jakim oddziale mnie umieścić. I wciąż nie wiadomo było co mi tak naprawdę jest. Wiem też, że jeden z nich zachował zimną krew i stwierdził, że trzeba najpierw ratować moje życie, a później można się zastanawiać nad oddziałem. W ten sposób 13 maja znalazłam się na oddziale intensywnej opieki w szpitalu w Głogowie. Spędziłam tam 10 dni.
Przez trzy kolejne doby lekarze prowadzili walkę o moje życia i starali się ustalić przyczyny choroby – diagnozę. Dla mnie ten czas wydawał się mijać bardzo szybko. Nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji, w jakiej się znalazłam. Wydawało mi się, że wszystko jest pod kontrolą i nic mi nie zagraża. Po tych trzech dniach stwierdzono, że jest lepiej i można przestać podawać mi jeden z leków – co uczyniono. I „cały cyrk” zaczął się od nowa – właściwie wróciliśmy do punktu wyjścia. Ogromny ból powrócił ze zdwojoną siłą i słabły moje parametry życiowe. I wciąż nie było diagnozy – co właściwie się ze mną dzieje?
W szpitalu odwiedzało mnie wiele osób – znajomych i przyjaciół ze wspólnoty. Pielęgniarki nie były zbyt zadowolone z tych wizyt. Później dowiedziałam się, że w czasie mojej choroby cała wspólnota „Genezaret” modli się nieustannie o moje zdrowie. Trwały modlitwy w komórkach, część osób modliła się w kaplicy szpitalnej przed Najświętszym Sakramentem, zostały odprawiane msze w mojej intencji, wiele osób modliło się w domu i ogarniał mnie „łańcuch” modlitwy.
DUCH ŚWIĘTY W DZIAŁANIU
I właśnie podczas modlitwy jeden z braci miał poznanie – mówiąc w języku medycznym postawił diagnozę mojej choroby – Pan dał mu poznać, że jest to zakażenie krwi. Powstał problem – jak przekazać taką wiadomość lekarzom? Kochani! Na pewno wielu z Was doświadczyło mocy i obecności Ducha Świętego w swoim życiu. Ja mogę śmiało powiedzieć, że Duch Święty czuwał nade mną w sposób szczególny. Ponieważ w mojej komórce rodzinnej jest wiele małżeństw i zawody jakie wykonujemy są bardzo różne. Mamy to szczęście, że jest wśród nas lekarz. I problem z przekazaniem słów poznania został rozwiązany. Bo spróbujcie sobie wyobrazić: przychodzi na oddział intensywnej terapii jakiś człowiek i mówi, że ta kobieta jest chora na to i na to... Reakcja lekarzy byłaby oczywista – dlatego też pani doktor, a prywatnie moja przyjaciółka z grupy dzielenia udała się do szpitala z delikatną propozycją – może nawet podpowiedzią w jakim kierunku poprowadzić badania.
ZWROT
I od tej chwili następuje zwrot w mojej chorobie. Istny cud. Zostaje postawiona diagnoza – zakażenie krwi, sepsa, wstrząs septyczny i jeszcze inne bardzo groźne nazwy. Podano mi krew, zmieniono leki, każdy kolejny dzień był lepszy. Czułam, że będę żyć. Dowiedziałam się, że zanim postawiono właściwą diagnozę lekarze dawali mi jeszcze 6-8 godzin życia... Każdego dnia pielęgnował mnie mąż, odwiedzali znajomi i przyjaciele i każdy z nich przynosił jakąś wiadomość. Powoli docierało do mnie, że stał się cud.
POTĘGA MODLITWY
Wspólnota „Genezaret”, w której uczestniczę jest dużą wspólnotą modlitewną. Wiem , że niemal wszyscy modlili się za mnie. Ale jakby tego było mało modlitwa nie ograniczyła się tylko do naszej wspólnoty. Modliły się Żary, Nowa Sól, Zielona Góra i sama już nie wiem, kto jeszcze. Bardzo trudno wyrazić mi swoje podziękowanie wszystkim. Niech to świadectwo będzie też wyrazem mojej wdzięczności – Jezusowi, który odpowiada na naszą modlitwę i Wam wszystkim, którzy mnie wspieraliście. Wiem jedno – i tego zawsze będę się trzymać – modlitwa jest ogromnym darem i łaską, którą otrzymaliśmy od naszego Pana. Nie marnujmy jej i nie zaniedbujmy. Modlitwa to potęga!
Wiele osób żartowało sobie ze mnie, że święty Piotr nie chciał mnie wpuścić. I dobrze... bo dziś mogę cieszyć się życiem i świadczyć o tym jak wielki i wspaniały jest Pan.
Wiele osób zadawało mi pytanie jak jest po tamtej stronie – nie wiem...Pamiętam jednak, że mimo mojego stanu – w tych tragicznych chwilach mego życia byłam bardzo spokojna... nie bałam się... czułam się bezpieczna... Pamiętam też, że jakby co – to byłam gotowa... i mówiłam „Maryjo! Jeżeli już to jestem gotowa”. Jeszcze dziś, gdy to wspominam czuję ogromne wzruszenie.
Pan dzięki temu doświadczeniu zmienił moje życie. I chwała Mu za Jego wielkość i wspaniałość! Alleluja!
Bożena Ptak
Mam na imię Bożena i mam 38 lat. Świadectwo jakie chcę złożyć miało miejsce 13 marca 2004 roku, w dniu moich imienin.
Jestem matką czwórki wspaniałych dzieci (dwie córki 16 i 10 lat i dwóch synków – 5 lat i 1,5 roku) oraz żoną wspaniałego i kochanego męża Leszka.
28 stycznia 2004 roku urodziliśmy naszego najmłodszego synka Emila. Pięknego, zdrowego, różowego grubaska. Cała moja rodzina była już zmęczona moją czwartą ciążą. Chociaż ogólnie czułam się dobrze, to miałam ogromne problemy z donoszeniem tej ciąży, a pod koniec nękały mnie ogromne bóle – po prostu wszystko, co mogło boleć – bolało. Ale oto nadszedł upragniony moment i cała rodzina odetchnęła z ulgą.
Wydawać by się mogło, że wszystko zacznie powracać do normy, czyli –mama do zdrowia i siły, a pozostali członkowie rodziny do swoich zajęć – i życie zacznie się toczyć swoim biegiem. Rozpoczęły się wizyty przyjaciół i znajomych, szczególną troską objęła nas nasza komórka małżeńska – za co jesteśmy wszystkim niezmiernie wdzięczni. Z racji tego, że znajdowaliśmy się w bardzo trudnej, wręcz tragicznej sytuacji materialnej wspomagali nas w każdy możliwy sposób. Nie wiem, czy kiedykolwiek zdołamy się wszystkim odwdzięczyć. Wiem tylko jedno: bez tych ludzi, ich pomocy i modlitwy z pewnością nie przetrwalibyśmy tych trudnych chwil. I wiem również, że powiedzenie „prawdziwych przyjaciół poznaje się w biedzie” jest jak najbardziej prawdziwe. Ja i moja rodzina doświadczyliśmy tego na własnej skórze, a tak naprawdę, to o wielkiej potędze przyjaźni mieliśmy się przekonać dopiero za kilka tygodni.
CHOROBA
Mijał czas, dzień za dniem...Mój maleńki synek jadł i spał. Był spokojnym, grzecznym, wręcz idealnym maluszkiem. Słowem – tak jakby przeczuwał nadchodzące wydarzenia. Ja natomiast, zamiast powracać do sił po połogu słabłam z każdym dniem. Ową słabość przypisywałam naszej trudnej sytuacji i nerwom. Dziecko było spokojne, więc i ja wbrew pozorom powinnam taka być. A mnie tymczasem ogarniała coraz większa niemoc, siła opuszczała moje ciało, pojawiły się też bezsenne noce.
Pani doktor, do której udałam się po poradę stwierdziła, że z racji przebytej ciąży i mojego wieku po prostu trudniej jest mi odzyskać formę. Poleciła przyjmować witaminy i odpoczywać, do czego się zastosowałam. Niestety, nie przyniosło to rezultatu. Sytuację pogorszyła jeszcze grypa. Oczywiście dostałam nowe leki, po kilku dniach wydawało się, że grypę pożegnaliśmy, nikt z domowników się nie zaraził i wszystko zmierza ku lepszemu. Ja jednak dalej źle się czułam, nastąpiły komplikacje po grypie – bóle stawów. Najpierw był to niewielki ból w stawach rąk, lecz kiedy ból pojawił się w nogach i moje poruszanie zaczynało stawać się problemem, po raz kolejny udałam się do lekarza. Pani doktor stwierdziła, że takie objawy mogą wystąpić u kobiet po porodzie i nie są niepokojące, ale zleciła dodatkowe badania i wizytę u specjalisty reumatologa. Wyniki okazały się „w normie” i leczenie reumatologiczne nie było konieczne.
Niestety od tego momentu wypadki potoczyły się bardzo szybko. Przez noc cierpiałam i osłabłam na tyle, że wizyta w przychodni była niemożliwa – toteż z wizytą przyjechała lekko zniecierpliwiona pani doktor. Dziś wiem, że nie potrafiła zdiagnozować mojej choroby.
Stwierdzenie, że „jestem rozhisteryzowaną mamą” mówi samo za siebie. Dostałam kroplówkę i mocne leki przeciwbólowe, które tego samego wieczora podała mi moja koleżanka.
Noc, która nastała wydawała się najdłuższą nocą w moim życiu. Ból, który mnie przeszywał i męczył był nie do zniesienia i nie do opisania – minął ponad rok od tych wydarzeń, a ja do dziś nie jestem w stanie wytłumaczyć sobie jak wytrzymałam do rana bez krzyków i wycia... O godzinie 6.00 poprosiłam męża, żeby pojechał po moją koleżankę, aby wreszcie dostać kolejną kroplówkę. Przywiózł ją bardzo szybko, a ja nie byłam już w stanie się ruszać. Mówienie stwarzało mi duży problem. Moja koleżanka (pielęgniarka) stwierdziła, że moje tętno jest za słabe i nie poda mi kroplówki. Pojechaliśmy do szpitala.
SZPITAL
W szpitalu - choć wszystkich szczegółów nie pamiętam – istny cyrk...Kilku lekarzy specjalistów (każdy z innej dziedziny) pyta, rozważa, dyskutuje. Nie mogą podjąć decyzji w mojej sprawie. Jak się później okazało prowadzili spór na jakim oddziale mnie umieścić. I wciąż nie wiadomo było co mi tak naprawdę jest. Wiem też, że jeden z nich zachował zimną krew i stwierdził, że trzeba najpierw ratować moje życie, a później można się zastanawiać nad oddziałem. W ten sposób 13 maja znalazłam się na oddziale intensywnej opieki w szpitalu w Głogowie. Spędziłam tam 10 dni.
Przez trzy kolejne doby lekarze prowadzili walkę o moje życia i starali się ustalić przyczyny choroby – diagnozę. Dla mnie ten czas wydawał się mijać bardzo szybko. Nie zdawałam sobie sprawy z powagi sytuacji, w jakiej się znalazłam. Wydawało mi się, że wszystko jest pod kontrolą i nic mi nie zagraża. Po tych trzech dniach stwierdzono, że jest lepiej i można przestać podawać mi jeden z leków – co uczyniono. I „cały cyrk” zaczął się od nowa – właściwie wróciliśmy do punktu wyjścia. Ogromny ból powrócił ze zdwojoną siłą i słabły moje parametry życiowe. I wciąż nie było diagnozy – co właściwie się ze mną dzieje?
W szpitalu odwiedzało mnie wiele osób – znajomych i przyjaciół ze wspólnoty. Pielęgniarki nie były zbyt zadowolone z tych wizyt. Później dowiedziałam się, że w czasie mojej choroby cała wspólnota „Genezaret” modli się nieustannie o moje zdrowie. Trwały modlitwy w komórkach, część osób modliła się w kaplicy szpitalnej przed Najświętszym Sakramentem, zostały odprawiane msze w mojej intencji, wiele osób modliło się w domu i ogarniał mnie „łańcuch” modlitwy.
DUCH ŚWIĘTY W DZIAŁANIU
I właśnie podczas modlitwy jeden z braci miał poznanie – mówiąc w języku medycznym postawił diagnozę mojej choroby – Pan dał mu poznać, że jest to zakażenie krwi. Powstał problem – jak przekazać taką wiadomość lekarzom? Kochani! Na pewno wielu z Was doświadczyło mocy i obecności Ducha Świętego w swoim życiu. Ja mogę śmiało powiedzieć, że Duch Święty czuwał nade mną w sposób szczególny. Ponieważ w mojej komórce rodzinnej jest wiele małżeństw i zawody jakie wykonujemy są bardzo różne. Mamy to szczęście, że jest wśród nas lekarz. I problem z przekazaniem słów poznania został rozwiązany. Bo spróbujcie sobie wyobrazić: przychodzi na oddział intensywnej terapii jakiś człowiek i mówi, że ta kobieta jest chora na to i na to... Reakcja lekarzy byłaby oczywista – dlatego też pani doktor, a prywatnie moja przyjaciółka z grupy dzielenia udała się do szpitala z delikatną propozycją – może nawet podpowiedzią w jakim kierunku poprowadzić badania.
ZWROT
I od tej chwili następuje zwrot w mojej chorobie. Istny cud. Zostaje postawiona diagnoza – zakażenie krwi, sepsa, wstrząs septyczny i jeszcze inne bardzo groźne nazwy. Podano mi krew, zmieniono leki, każdy kolejny dzień był lepszy. Czułam, że będę żyć. Dowiedziałam się, że zanim postawiono właściwą diagnozę lekarze dawali mi jeszcze 6-8 godzin życia... Każdego dnia pielęgnował mnie mąż, odwiedzali znajomi i przyjaciele i każdy z nich przynosił jakąś wiadomość. Powoli docierało do mnie, że stał się cud.
POTĘGA MODLITWY
Wspólnota „Genezaret”, w której uczestniczę jest dużą wspólnotą modlitewną. Wiem , że niemal wszyscy modlili się za mnie. Ale jakby tego było mało modlitwa nie ograniczyła się tylko do naszej wspólnoty. Modliły się Żary, Nowa Sól, Zielona Góra i sama już nie wiem, kto jeszcze. Bardzo trudno wyrazić mi swoje podziękowanie wszystkim. Niech to świadectwo będzie też wyrazem mojej wdzięczności – Jezusowi, który odpowiada na naszą modlitwę i Wam wszystkim, którzy mnie wspieraliście. Wiem jedno – i tego zawsze będę się trzymać – modlitwa jest ogromnym darem i łaską, którą otrzymaliśmy od naszego Pana. Nie marnujmy jej i nie zaniedbujmy. Modlitwa to potęga!
Wiele osób żartowało sobie ze mnie, że święty Piotr nie chciał mnie wpuścić. I dobrze... bo dziś mogę cieszyć się życiem i świadczyć o tym jak wielki i wspaniały jest Pan.
Wiele osób zadawało mi pytanie jak jest po tamtej stronie – nie wiem...Pamiętam jednak, że mimo mojego stanu – w tych tragicznych chwilach mego życia byłam bardzo spokojna... nie bałam się... czułam się bezpieczna... Pamiętam też, że jakby co – to byłam gotowa... i mówiłam „Maryjo! Jeżeli już to jestem gotowa”. Jeszcze dziś, gdy to wspominam czuję ogromne wzruszenie.
Pan dzięki temu doświadczeniu zmienił moje życie. I chwała Mu za Jego wielkość i wspaniałość! Alleluja!
Bożena Ptak



