Wspólnota Genezaret w Głogowie

Tym razem płakałam ze szczęścia

Posłużę się biblią:  "spodobało się  Panu Bogu ” mnie uzdrowić . Byłam ,, jakoby   umarła”  , a powróciłam do świata żywych .  I nie ma w tym cienia przesady. Trzy lata temu diagnoza , którą postawił mi najpierw lekarz pierwszego kontaktu , a zaraz potem potwierdził specjalista , spowodowała , że moje życie , które przypominało dotąd rozpędzony do bardzo dużej prędkości pociąg , musiało nagle wyhamować .



Usłyszałam , że mam RZS – reumatoidalne zapalenie stawów , chorobę , która  jest nieuleczalna , prowadzi do zniekształceń kości, a po czasie do zupełnego unieruchomienia stawów i w konsekwencji do nieuchronnego kalectwa. Dowiedziałam się też , że medycyna  nie zna ani przyczyny schorzenia, ani lekarstwa umożliwiającego wyleczenie , ale wiadomo , że istotną rolę w zaistnieniu RZS- u  odgrywa długotrwałe przemęczenie i przedłużający się stres, jak też istniejące wewnątrz organizmu stany zapalne. Tych ostatnich jednak u mnie nie było .

Wszystko jednak by się zgadzało : pracowałam wtedy bardzo intensywnie i na pewno dużo za dużo – zarywałam noce , nie miałam wolnych weekendów, praktycznie nie istniałam dla rodziny . Zupełnie nie liczyłam się z własnymi siłami. W tamtym czasie widziałam jedynie stojące przede mną  bardzo odpowiedzialne zadania , które były do wykonania  i jakieś odległe , dalekosiężne cele.. . Poza tym wydawało mi się ( i mówiono mi  o tym ), że są  to konieczne koszty , jakie musi ponieść każdy nowy , młody pracownik wyrabiający sobie opinię i dobrą renomę .

W tym czasie chodziłam tak przemęczona , że zdarzało mi się zasypiać na siedząco , a trwało to ponad rok . Mój mąż namawiał mnie do rezygnacji z pracy , lecz nie tak łatwo jest zatrzymać rozpędzony pociąg !

Jego słowa traktowałam niemal jak bluźnierstwo- tak jednym ruchem miałabym sprawić , że moje dotychczasowe wyrzeczenia i  cały mój  wysiłek zostałby przekreślony i stał się jednocześnie  daremny ?  Nade wszystko jednak  takie rozwiązanie wydawało mi się wówczas bardzo  niehonorowe i było równoznaczne z poddaniem się .

Dlatego , gdy już brakowało sił ,  powtarzałam sobie , że muszę , po prostu  : MUSZĘ podołać moim zawodowym obowiązkom ,  gdyż jeszcze trochę trzeba się przemęczyć , a za  rok , dwa , gdy wypracuję sobie swój warsztat pracy , na pewno będzie łatwiej ,  a  moi zwierzchnicy  z pewnością   docenią  moją  pracowitość...

No i  docenili – tylko co z tego?

Rozpoczął się mój osobisty dramat . Gdy zachorowałam , otrzymałam drakońskie dawki bardzo silnych leków przeciwzapalnych i przeciwbólowych  , w tym również  zastrzyki z najsilniejszych sterydów ( wystarczy choćby wymienić iniekcje z Diprophosu ) . Od tej chwili nie było ani jednego dnia bez leków – zmieniały się tylko ich dawki i nazwy , a comiesięczna  wizyta  u reumatologa wpisała się już na stałe w mój harmonogram .

Teraz to mój organizm zaczął dyktować mi warunki i stawiać naturalne ograniczenia , których nawet niezłomnością ducha nie mogłam pokonać..

 Jak wyglądało moje życie ? Dla mnie wtedy jak koniec życia ..

Moje stawy były napuchnięte , zaczerwienione , gorące. Ból towarzyszył najmniejszemu nawet ruchowi, często po prostu  wyrywał mnie nocą ze snu .

Nie mogłam wziąć na ręce mojej dwuletniej wówczas córeczki , a już kilkunastominutowe  siedzenie  czy pisanie wiązało się z bólem tak silnym , że wyciskał łzy . Nawet leki , które wówczas przyjmowałam  jedynie uśmierzały te dolegliwości , a nie były  w stanie ich zlikwidować.

W tym  też czasie mój  mąż musiał zapinać mi guziki i zakładać buty , gdyż moje ręce zachowywały się jak nie moje , jak jakaś obca drewniana atrapa : były niezdarne , szybko mdlały , miały osłabione czucie . Nie mogłam m. in . : uczesać córek , nawlec nitki ,  umalować się , a więc prawie zupełnie nie radziłam sobie z ruchami precyzyjnymi .Nie mogłam też tak po prostu wyjść na spacer , stać w autobusie , wysiedzieć w jednej pozycji  .

Ten ból ( który jest porównywalny chyba tylko z bólami grypowymi ) był  moim pierwszym doświadczeniem, gdy rano otwierałam oczy i nie opuszczał mnie przez cały dzień.  Powodował , że już o świcie zachodziło mi słońce. Nie pozwalał mi też ani na chwilę zapomnieć , że w całym ciele mam dużo , bardzo dużo stawów , o czym  przecież zdrowy człowiek nawet nie myśli, bo jego ruchy są po prostu : bezbolesne , sprężyste i płynne .

Równolegle z moim ciałem , i chyba tak samo poważnie , chorowała moja dusza . Czułam się , jak osoba , której zabrano przyszłość i prawo do planowania własnego życia , prawo do jakichkolwiek  marzeń i  -  jak  wtedy  to odbierałam - do ... ,,godnej” egzystencji . Zabrano mi  więc prawie wszystko, a  dano ,, obietnicę” jeszcze większych trudów  , no i  dozgonnego cierpienia . Żyłam jak człowiek  z wyrokiem w zawieszeniu .

Wszystko odtąd musiało być podporządkowane mojemu gośćcowi .   Nie mogłam sobie zaplanować niczego w obrębie dwóch , trzech tygodni , bo nigdy  nie wiedziałam w jakim będę stanie .Traciłam poczucie własnej wartości , czułam się gorsza od ludzi zdrowych , bardzo  ,,wybrakowana” , napiętnowana chorobą .

 Trzeba było niemal w jednej chwili zmienić  dokładnie wszystko we własnym życiu – w tym również i pracę .

 Nagle ,,wypadłam z obiegu”, bo nie mogłam tak jak dotąd ( i jak wszyscy inni wokół) wieść  ,,pełnowartościowego” , aktywnego życia .

W jednym momencie pociąg mojego życia utknął gdzieś
na bocznicy  kolejowej .... 

Dodatkowo RZS toczył jak rak moją rodzinę .Choroba po jakimś czasie zaczęła  kłaść się   cieniem na moje relacje małżeńskie  , a nasze dzieci chodziły bardzo smutne i przerażone, bo zbyt często widziały swoją mamę pogrążoną w niemocy , kiedy to leżała   i płakała  - bądź to z bólu , bądź z bezsilności . Były inne , niż ich rówieśnicy – trochę za dużo   wydarzyło się w ich młodym życiu ..

Chorowałam przez dwa i pół roku. Takie zapalenia , które ścinały mnie z nóg , przychodziły przynajmniej raz w miesiącu , trwały ok. dwóch , trzech tygodni , przybierając w tym czasie różne nasilenie . Prócz mojego snu i rodzinnego spokoju pochłaniały też spore zasoby finansowe ....

Należałam do posłusznych pacjentek , które nieprzerwanie przyjmują leki, systematycznie odwiedzają specjalistę . Jednak moja nadzieja , co do tego , że wraz ze zmianą reumatologa ,

ulegnie tez  zmianie postawiona mi w moim dawnym miejscu zamieszkania  diagnoza , okazała się złudna .

Po półtorarocznej  terapii i obserwacji także i ten lekarz potwierdził rozpoznanie , ponieważ choroba  dawała typowe objawy i postępowała  . Diagnoza była bezlitosna i nie pozostawiała złudzeń : R Z S.   Miałam już tylko kilka nie zaatakowanych  stanem zapalnym stawów , które nie stanowiły dla mnie źródła bólu i co raz mniej nadziei.

Jakby logiczną konsekwencją tego wszystkiego było zamykanie się na ludzi (czasem i tych najbliższych ,chociaż często współcierpieli oni ze mną) , izolowanie się od  całego świata , a zwłaszcza ludzi beztroskich i nie doświadczanych. Któż bowiem może zrozumieć chorego na R Z S jeśli nie drugi człowiek zmagający się z tą chorobą ?

Gdy przychodził moment największego cierpienia , zamykałam się w domu , odłączałam telefon i zawieszałam wszelkie kontakty z ludźmi .Wtedy przychodziły  mi do głowy najczarniejsze scenariusze o tym ,by rozwiązać mój problem  definitywnie i ,,dać innym żyć’’- miałam tu na myśli zmartwionego męża i dzieci , których dzieciństwo tak fatalnie się ułożyło .

Ponieważ  sądziłam, że żaden śmiertelnik nie jest w stanie mi ulżyć , starałam się nie zadręczać innych moim strachem  i obciążać  chorobą , dlatego izolowałam się tak skutecznie, że do dziś wiele osób z mojego dalszego otoczenia nie ma pojęcia O  S K A L I  mego fizycznego i psychicznego cierpienia . Ich wiedza ograniczała się tylko do tego , że mam problemy ze stawami , i  że grozi mi kalectwo . Niektórzy wiedzieć więcej nawet nie chcieli.

O tym , że jestem w opłakanej kondycji ,  i że w zasadzie to  umarłam już za życia, wie- dział natomiast Pan Bóg . Z ludzkiego punktu widzenia wydawało się , że nie ma  już żadnej nadziei . Nic tylko czekać na najgorsze .

Spodobało się jednak Panu Bogu mnie uzdrowić .

Najpierw postawił na mojej drodze pewnych ludzi , w tym osoby z tej wspólnoty(  Odnowa
w Duchu  Świętym : ,,GENEZARET”  przy  parafii  NMP Królowej  Polski w Głogowie ). Dzięki temu spotkałam bardzo wierzące osoby , które mocno dotknął Pan.

Jesienią przyjechałam tu  z mężem na modlitwę wstawienniczą . Wówczas jednak temat choroby poruszyłam marginalnie, jako coś, co  bardzo komplikuje nam ważne decyzje rodzinne . Nie rozwijałam tego wątku, bo był to dla mnie temat nader traumatyczny.

Pan Bóg postanowił jednak zadziałać radykalnie  i  sprawy , z którymi do Niego przyjechałam rozwiązać w zadziwiający  sposób , sposób , o którym nikt by nie pomyślał .

Potem wzięłam udział w ,,Kursie Filip” i tam postanowiłam pogodzić się z moim przeznaczeniem i powierzyłam  Chrystusowi  swoje dalsze życie bez względu na to, jaką jakość  będzie miało to moje dalsze ziemskie bytowanie .  Ofiarowałam Jezusowi siebie , swoją przyszłość i prosiłam tylko o potrzebne siły .

W zasadzie od początku choroby  i od chwili zdobywania pierwszych mocno niepokojących wiadomości na jej temat , gdzieś w głębi , podświadomie, wiedziałam , że na chorobę , na którą medycyna nie zna lekarstwa , może być tylko jedno lekarstwo – BÓG – Pan wszystkiego i wszystkich , również mojego całego układu kostnego .

 On – dawca życia i dawca zdrowia .

Jak jest teraz ?

Obecnie od ponad roku nie przyjmuję żadnych leków i nie przechodzę samoistnych zapaleń stawów . Żyję jak zdrowy człowiek i  to coraz bardziej aktywnie .

Podczas tegorocznych ferii zimowych miałam położyć się na okres przynajmniej dwóch tygodni na oddział  reumatologii w Dolnośląskim Centrum Rehabilitacji w Kamiennej Górze.

Gdy  wraz   z oficjalnym  wezwaniem nadszedł  termin zgłoszenia się do szpitala, udałam się najpierw wraz z mężem do mojego zaufanego reumatologa (kolejnego specjalisty w moim życiu) , który mnie tam  właśnie kierował .

Lekarz nie znalazł już powodu do mojej hospitalizacji , stwierdził wycofywanie się i samo ograniczanie  mojej choroby . Na oczach  moich i mojego męża anulował skierowanie do szpitala , które przecież wcześniej własnoręcznie wypisał.

Na pożegnanie otrzymałam najpiękniejszą receptę w moim życiu . Jego ostatnie zalecenie lekarskie brzmiało :

proszę zapomnieć o tym , co pani przeszła , zapomnieć ,że kiedykolwiek była pani chora

proszę cieszyć się życiem , dziećmi , mężem

proszę korzystać z wielu przyjemności , chodzić z rodziną na spacery, pojeździć sobie na nartach .

 

Całą drogę powrotną do domu płakałam ze szczęścia , nie mogąc uwierzyć,
że odtąd mogę myśleć o moim wielkim dramacie w kategoriach przeszłości  i nieustannie dziękowałam Bogu za dokonanie tak wielkiego cudu . Tym razem mogłam płakać ze szczęścia (nie z rozpaczy – jak dotąd ).

Jakże cudownie jest płakać ze szczęścia!!

Bogu niech będą dzięki.                   


Agnieszka Żabska .
Tym razem płakałam ze szczęścia | 0 komentarzy | Załóż Konto
Komentarze należą do osób, które je zamieściły. Nie bierzemy odpowiedzialności za ich treść.

Losowe zdjęcie

Menu Użytkownika





Nie masz jeszcze konta? Załóż sobie Nowy Użytkownik
Lost your password?