Tym razem płakałam ze szczęścia
18-03-2008
Autor: Admin
Posłużę się biblią: "spodobało się Panu Bogu ” mnie uzdrowić . Byłam ,, jakoby umarła” , a powróciłam do świata żywych . I nie ma w tym cienia przesady. Trzy lata temu diagnoza , którą postawił mi najpierw lekarz pierwszego kontaktu , a zaraz potem potwierdził specjalista , spowodowała , że moje życie , które przypominało dotąd rozpędzony do bardzo dużej prędkości pociąg , musiało nagle wyhamować .
Usłyszałam , że mam RZS – reumatoidalne zapalenie stawów , chorobę , która jest nieuleczalna , prowadzi do zniekształceń kości, a po czasie do zupełnego unieruchomienia stawów i w konsekwencji do nieuchronnego kalectwa. Dowiedziałam się też , że medycyna nie zna ani przyczyny schorzenia, ani lekarstwa umożliwiającego wyleczenie , ale wiadomo , że istotną rolę w zaistnieniu RZS- u odgrywa długotrwałe przemęczenie i przedłużający się stres, jak też istniejące wewnątrz organizmu stany zapalne. Tych ostatnich jednak u mnie nie było .
Wszystko jednak by się zgadzało : pracowałam wtedy bardzo intensywnie i na pewno dużo za dużo – zarywałam noce , nie miałam wolnych weekendów, praktycznie nie istniałam dla rodziny . Zupełnie nie liczyłam się z własnymi siłami. W tamtym czasie widziałam jedynie stojące przede mną bardzo odpowiedzialne zadania , które były do wykonania i jakieś odległe , dalekosiężne cele.. . Poza tym wydawało mi się ( i mówiono mi o tym ), że są to konieczne koszty , jakie musi ponieść każdy nowy , młody pracownik wyrabiający sobie opinię i dobrą renomę .
W tym czasie chodziłam tak przemęczona , że zdarzało mi się zasypiać na siedząco , a trwało to ponad rok . Mój mąż namawiał mnie do rezygnacji z pracy , lecz nie tak łatwo jest zatrzymać rozpędzony pociąg !
Jego słowa traktowałam niemal jak bluźnierstwo- tak jednym ruchem miałabym sprawić , że moje dotychczasowe wyrzeczenia i cały mój wysiłek zostałby przekreślony i stał się jednocześnie daremny ? Nade wszystko jednak takie rozwiązanie wydawało mi się wówczas bardzo niehonorowe i było równoznaczne z poddaniem się .
Dlatego , gdy już brakowało sił , powtarzałam sobie , że muszę , po prostu : MUSZĘ podołać moim zawodowym obowiązkom , gdyż jeszcze trochę trzeba się przemęczyć , a za rok , dwa , gdy wypracuję sobie swój warsztat pracy , na pewno będzie łatwiej , a moi zwierzchnicy z pewnością docenią moją pracowitość...
No i docenili – tylko co z tego?
Rozpoczął się mój osobisty dramat . Gdy zachorowałam , otrzymałam drakońskie dawki bardzo silnych leków przeciwzapalnych i przeciwbólowych , w tym również zastrzyki z najsilniejszych sterydów ( wystarczy choćby wymienić iniekcje z Diprophosu ) . Od tej chwili nie było ani jednego dnia bez leków – zmieniały się tylko ich dawki i nazwy , a comiesięczna wizyta u reumatologa wpisała się już na stałe w mój harmonogram .
Teraz to mój organizm zaczął dyktować mi warunki i stawiać naturalne ograniczenia , których nawet niezłomnością ducha nie mogłam pokonać..
Jak wyglądało moje życie ? Dla mnie wtedy jak koniec życia ..
Moje stawy były napuchnięte , zaczerwienione , gorące. Ból towarzyszył najmniejszemu nawet ruchowi, często po prostu wyrywał mnie nocą ze snu .
Nie mogłam wziąć na ręce mojej dwuletniej wówczas córeczki , a już kilkunastominutowe siedzenie czy pisanie wiązało się z bólem tak silnym , że wyciskał łzy . Nawet leki , które wówczas przyjmowałam jedynie uśmierzały te dolegliwości , a nie były w stanie ich zlikwidować.
W tym też czasie mój mąż musiał zapinać mi guziki i zakładać buty , gdyż moje ręce zachowywały się jak nie moje , jak jakaś obca drewniana atrapa : były niezdarne , szybko mdlały , miały osłabione czucie . Nie mogłam m. in . : uczesać córek , nawlec nitki , umalować się , a więc prawie zupełnie nie radziłam sobie z ruchami precyzyjnymi .Nie mogłam też tak po prostu wyjść na spacer , stać w autobusie , wysiedzieć w jednej pozycji .
Ten ból ( który jest porównywalny chyba tylko z bólami grypowymi ) był moim pierwszym doświadczeniem, gdy rano otwierałam oczy i nie opuszczał mnie przez cały dzień. Powodował , że już o świcie zachodziło mi słońce. Nie pozwalał mi też ani na chwilę zapomnieć , że w całym ciele mam dużo , bardzo dużo stawów , o czym przecież zdrowy człowiek nawet nie myśli, bo jego ruchy są po prostu : bezbolesne , sprężyste i płynne .
Równolegle z moim ciałem , i chyba tak samo poważnie , chorowała moja dusza . Czułam się , jak osoba , której zabrano przyszłość i prawo do planowania własnego życia , prawo do jakichkolwiek marzeń i - jak wtedy to odbierałam - do ... ,,godnej” egzystencji . Zabrano mi więc prawie wszystko, a dano ,, obietnicę” jeszcze większych trudów , no i dozgonnego cierpienia . Żyłam jak człowiek z wyrokiem w zawieszeniu .
Wszystko odtąd musiało być podporządkowane mojemu gośćcowi . Nie mogłam sobie zaplanować niczego w obrębie dwóch , trzech tygodni , bo nigdy nie wiedziałam w jakim będę stanie .Traciłam poczucie własnej wartości , czułam się gorsza od ludzi zdrowych , bardzo ,,wybrakowana” , napiętnowana chorobą .
Trzeba było niemal w jednej chwili zmienić dokładnie wszystko we własnym życiu – w tym również i pracę .
Nagle ,,wypadłam z obiegu”, bo nie mogłam tak jak dotąd ( i jak wszyscy inni wokół) wieść ,,pełnowartościowego” , aktywnego życia .
W jednym momencie pociąg mojego życia utknął gdzieś
na bocznicy kolejowej ....
Dodatkowo RZS toczył jak rak moją rodzinę .Choroba po jakimś czasie zaczęła kłaść się cieniem na moje relacje małżeńskie , a nasze dzieci chodziły bardzo smutne i przerażone, bo zbyt często widziały swoją mamę pogrążoną w niemocy , kiedy to leżała i płakała - bądź to z bólu , bądź z bezsilności . Były inne , niż ich rówieśnicy – trochę za dużo wydarzyło się w ich młodym życiu ..
Chorowałam przez dwa i pół roku. Takie zapalenia , które ścinały mnie z nóg , przychodziły przynajmniej raz w miesiącu , trwały ok. dwóch , trzech tygodni , przybierając w tym czasie różne nasilenie . Prócz mojego snu i rodzinnego spokoju pochłaniały też spore zasoby finansowe ....
Należałam do posłusznych pacjentek , które nieprzerwanie przyjmują leki, systematycznie odwiedzają specjalistę . Jednak moja nadzieja , co do tego , że wraz ze zmianą reumatologa ,
ulegnie tez zmianie postawiona mi w moim dawnym miejscu zamieszkania diagnoza , okazała się złudna .
Po półtorarocznej terapii i obserwacji także i ten lekarz potwierdził rozpoznanie , ponieważ choroba dawała typowe objawy i postępowała . Diagnoza była bezlitosna i nie pozostawiała złudzeń : R Z S. Miałam już tylko kilka nie zaatakowanych stanem zapalnym stawów , które nie stanowiły dla mnie źródła bólu i co raz mniej nadziei.
Jakby logiczną konsekwencją tego wszystkiego było zamykanie się na ludzi (czasem i tych najbliższych ,chociaż często współcierpieli oni ze mną) , izolowanie się od całego świata , a zwłaszcza ludzi beztroskich i nie doświadczanych. Któż bowiem może zrozumieć chorego na R Z S jeśli nie drugi człowiek zmagający się z tą chorobą ?
Gdy przychodził moment największego cierpienia , zamykałam się w domu , odłączałam telefon i zawieszałam wszelkie kontakty z ludźmi .Wtedy przychodziły mi do głowy najczarniejsze scenariusze o tym ,by rozwiązać mój problem definitywnie i ,,dać innym żyć’’- miałam tu na myśli zmartwionego męża i dzieci , których dzieciństwo tak fatalnie się ułożyło .
Ponieważ sądziłam, że żaden śmiertelnik nie jest w stanie mi ulżyć , starałam się nie zadręczać innych moim strachem i obciążać chorobą , dlatego izolowałam się tak skutecznie, że do dziś wiele osób z mojego dalszego otoczenia nie ma pojęcia O S K A L I mego fizycznego i psychicznego cierpienia . Ich wiedza ograniczała się tylko do tego , że mam problemy ze stawami , i że grozi mi kalectwo . Niektórzy wiedzieć więcej nawet nie chcieli.
O tym , że jestem w opłakanej kondycji , i że w zasadzie to umarłam już za życia, wie- dział natomiast Pan Bóg . Z ludzkiego punktu widzenia wydawało się , że nie ma już żadnej nadziei . Nic tylko czekać na najgorsze .
Spodobało się jednak Panu Bogu mnie uzdrowić .
Najpierw postawił na mojej drodze pewnych ludzi , w tym osoby z tej wspólnoty( Odnowa
w Duchu Świętym : ,,GENEZARET” przy parafii NMP Królowej Polski w Głogowie ). Dzięki temu spotkałam bardzo wierzące osoby , które mocno dotknął Pan.
Jesienią przyjechałam tu z mężem na modlitwę wstawienniczą . Wówczas jednak temat choroby poruszyłam marginalnie, jako coś, co bardzo komplikuje nam ważne decyzje rodzinne . Nie rozwijałam tego wątku, bo był to dla mnie temat nader traumatyczny.
Pan Bóg postanowił jednak zadziałać radykalnie i sprawy , z którymi do Niego przyjechałam rozwiązać w zadziwiający sposób , sposób , o którym nikt by nie pomyślał .
Potem wzięłam udział w ,,Kursie Filip” i tam postanowiłam pogodzić się z moim przeznaczeniem i powierzyłam Chrystusowi swoje dalsze życie bez względu na to, jaką jakość będzie miało to moje dalsze ziemskie bytowanie . Ofiarowałam Jezusowi siebie , swoją przyszłość i prosiłam tylko o potrzebne siły .
W zasadzie od początku choroby i od chwili zdobywania pierwszych mocno niepokojących wiadomości na jej temat , gdzieś w głębi , podświadomie, wiedziałam , że na chorobę , na którą medycyna nie zna lekarstwa , może być tylko jedno lekarstwo – BÓG – Pan wszystkiego i wszystkich , również mojego całego układu kostnego .
On – dawca życia i dawca zdrowia .
Jak jest teraz ?
Obecnie od ponad roku nie przyjmuję żadnych leków i nie przechodzę samoistnych zapaleń stawów . Żyję jak zdrowy człowiek i to coraz bardziej aktywnie .
Podczas tegorocznych ferii zimowych miałam położyć się na okres przynajmniej dwóch tygodni na oddział reumatologii w Dolnośląskim Centrum Rehabilitacji w Kamiennej Górze.
Gdy wraz z oficjalnym wezwaniem nadszedł termin zgłoszenia się do szpitala, udałam się najpierw wraz z mężem do mojego zaufanego reumatologa (kolejnego specjalisty w moim życiu) , który mnie tam właśnie kierował .
Lekarz nie znalazł już powodu do mojej hospitalizacji , stwierdził wycofywanie się i samo ograniczanie mojej choroby . Na oczach moich i mojego męża anulował skierowanie do szpitala , które przecież wcześniej własnoręcznie wypisał.
Na pożegnanie otrzymałam najpiękniejszą receptę w moim życiu . Jego ostatnie zalecenie lekarskie brzmiało :
proszę zapomnieć o tym , co pani przeszła , zapomnieć ,że kiedykolwiek była pani chora
proszę cieszyć się życiem , dziećmi , mężem
proszę korzystać z wielu przyjemności , chodzić z rodziną na spacery, pojeździć sobie na nartach .
Całą drogę powrotną do domu płakałam ze szczęścia , nie mogąc uwierzyć,
że odtąd mogę myśleć o moim wielkim dramacie w kategoriach przeszłości i nieustannie dziękowałam Bogu za dokonanie tak wielkiego cudu . Tym razem mogłam płakać ze szczęścia (nie z rozpaczy – jak dotąd ).
Jakże cudownie jest płakać ze szczęścia!!
Bogu niech będą dzięki.
Agnieszka Żabska .
Comments (0)
Odnowa w Duchu Świętym
http://www.genezaret.net/article.php/tym-razem-plakalam-ze-szczescia